„Morskie Opowieści”

Napisał Fieger

Czy kiedykolwiek pisałem o tym, że nienawidzę wody? Nie! Ja lubię się myć i być czystym. Miałem na myśli szeroką, słoną wodę, którą bardziej rozgarnięci mieszkańcy Fic nazywają morzem. Zawsze jak czytam notatki o zamorskich podróżach albo oglądam mapy odległych kontynentów czuję podziw i niesmak. To pierwsze dlatego, że na świecie są ludzie, którzy są w stanie wytrzymać wielotygodniowe rejsy nie widząc lądu. Walczą z burzami, sztormami i innymi wymysłami Oceanu. Niesmak dlatego, iż marynarze ci mimo ogromu otaczającej ich wody nie myją się. Większość cuchnie gorzej niż ryby, którymi się zajadają. Żeglarz, którego spotkałem w Porcie Karoliny sprawiał wrażenia jakby codziennie pił tran. Nie tylko pił tran, ale i go jadł, mył nim głowę i używał jako pachnideł. Pochodził z południa co było widoczne w jego zachowaniu i wyglądzie. W głębi duszy dziękowałem bogom, że facet nie nosił turbanu.
– Panie. Płyniemy do Marchwiowego Rancza, a później na południowe wyspy. Dajesz pan 5 gram żelaza i płyniesz do sąsiedniej osady. Dajesz 15 gram i płyniesz na sąsiednią wyspę.
Trzeba przyznać, że cena nie była wysoka. Wręcz przeciwnie – była dziwnie niska. Znam ludzi, którzy palcem nie kiwną jeżeli nie dostaną przynajmniej 50 gram. A tutaj trafiła mi się okazja. Przewóz statkiem za 5 gram żelaza.
– Ale nie ma w tym żadnego haczyka? Nie będę musiał pracować na pokładzie, ani płacić za dokowanie do portu? – wolałem się upewnić.
Nie ma się z czego śmiać. Słyszałem w Bojholmie historię o kapitanie statku co brał bardzo mało za podróż, ale swoim pasażerom kazał skrobać śledzie z łusek i płacić 120 gram stali za zadokowanie do portu. Jak nie zapłaciłeś to mogłeś płynąć na brzeg wpław. Paskudny osobnik. Ponoć gdy już nikt nie chciał z nim pływać został piratem i napadał na osady na północnym brzegu Fic.
– No i jak? Żadnej roboty na pokładzie i dokowanie do portu wliczone w cenę podróży?
– Tak panie. Dokowanie w cenie, a na pokładzie robisz co chcesz.
– To rozumiem. To kiedy odpływacie?
– Jutro rano panie. Jak przypływ będzie. Bądź wtedy w porcie inaczej popłyniemy bez ciebie. Płacisz pan przy wysiadaniu.
– Dobrze w takim razie do zobaczenia do jutrzejszego ranka.
Przemogłem się i podałem tranowemu kapitanowi rękę jako znak zawarcia umowy. Później przez dłuższy czas czułem, że palce śmierdzą mi starą rybą.
Jako, że słońce było jeszcze wysoko na niebie postanowiłem przejść się po mieście. Port Karolina w tamtych dniach wyglądał na wpół wymarłe osiedle. Duża część mieszkańców chorowała na śpiączkę, która rozpanoszyła się po całej wyspie. Wielu było wychudzonych i przemęczonych długą walką z chorobą. Nie dawałem im więcej niż 3 albo 4 lata życia. Wiem co mówię, bo widziałem już dziesiątki chorujących na śpiączkę. Szybko umierali, jeżeli nikt ich nie poił i nie wkładał jedzenia do ust. W mojej osadzie śpiączkę nazywano zmianą w kamień. Myślałem, że to pustka i beznadzieja egzystencji na Dzikich Polach zmieniała ludzi w głazy. Myślałem tak dopóki nie wyruszyłem w moją podróż na wschód. Ludzie spali nawet w wielkich miastach gdzie nie mogli narzekać na samotność i bezsens życia. W Porcie Karoliny jedynie przystani nie opanowała senna atmosfera. Przy pomostach kołysało się kilka statków. Większość należała do miejscowych rybaków i handlarzy. Były to długie łodzie lub slupy. Jedynym większym statkiem był szkuner tranowego kapitana.
Przez dłuższą chwilę kręciłem się bez celu po porcie. Moją uwagę przykuł stary marynarz siedzący na zwiniętej linie przy portowej tawernie. Staruszek wyglądał na zwykłego opoja, który wyciąga od przechodniów drobniaki, aby mieć za co kupić spirytus. Obok wilka morskiego siedział indyk z sznurkiem przywiązanym do szyi.
– Co to za jeden? – spytałem siedzącego na molo rybaka i wskazałem na starego.
– To stary Tjord, moczymorda.
– A ten indyk?
– Stary kiedyś pływał po południowych morzach. Kilka lat temu wywalili go z załogi za pijaństwo. Od tamtej pory bajdurzy coś o gadających ptakach jakie tam widział. Kupił na targu indora i uczy go gadać po ludzku. Naciąga przyjezdnych wmawiając im, że ptaszysko mówi po naszemu.
Podszedłem do Tjorda i zagadałem.
– Ten indyk na sprzedaż?
Marynarz podniósł wzrok i spojrzał na mnie. Czknął głośno i odpowiedział
– Nie. To bardzo mądry ptak i mój przyjaciel. Nie sprzedam go. Jak chcesz to możesz samemu się o tym przekonać i z nim pogadać.
– Gadać z indykiem? Chyba za dużo spirytu dzisiaj wypiłeś.
– Ech. Ci młodzi. Już w nic nie wierzą. Byłem na południowych lądach gdzie noszą takie śmieszne tasiemki na głowach i widziałem tam gadające ptaki. W czym mój Polly może być od nich gorszy?
– On nazywa się Polly? Jakoś nie wierzę, że powie chociaż jedno słowo.
– Daj sztabkę to nakłonię Polliego, żeby się do ciebie odezwał. Normalnie nie gada z takimi głupkami.
– Ja głupkiem? To ty starcze jesteś głupi jeżeli uważasz, że indyk potrafi gadać!
Ludzie zwabieni głośną rozmową zaczęli z zainteresowaniem przyglądać się mnie i Tjordowi.
– Hehe. Wiedziałem. Nie dość, że głupi to jeszcze skąpy. Masz niepowtarzalną szansę pogadać z kimś mądrzejszym od ciebie i żal ci marnej sztabki żelaza?
– Nie mam zamiaru marnować żelaza żeby posłuchać gulgotania starego indora.
– Oczywiście. Wolisz powydzierać się na starego Tjorda i dalej być przygłupem. Wiesz ile możesz się dowiedzieć od tak doświadczonego indyka?
– A co? Przekaże mi recepturę rosołu indyczego?
Naokoło zebrało się sporo mieszkańców Portu Karoliny. Z rozbawieniem przysłuchiwali się naszej rozmowie.
– Dobra młody. Zrobimy tak. Jeżeli indyk się odezwie to dasz mi sztabkę. Jeżeli nic nie powie to ja dam tobie żelazo. Żeby nie było, że oszukuję to ci ludzie też posłuchają indora.
– Ok. Niech będzie.
Stary szturchnął indora. Ptaszysko wstało i przyczłapało się do niego bliżej.
– No dawaj Polly. Powiedz coś fajnego na początek. Na przykład: „Polly chce tortillę”.
Indyk patrzył raz na starego raz na mnie. Wyglądał na normalnego, starego indyka. W takim wieku nawet na rosół się nie nadawał.
– Polly. Nie rób tego staremu Tjordowi. Powiedz, że chcesz tortillę.
– Mówiłem, że nie potrafi gadać.
– Zdenerwowałeś go. Poczekaj chwileczkę.
– Jak chcesz. Ale on nie powie ani słowa.
Stary wyciągnął z kieszeni kawałki pokruszonej tortilli. Rozłożył sobie na dłoni.
– Polly? Chcesz tortilli?
Indyk spojrzał na okruchy i zaczął wyciągać szyję w ich stronę. Tjord cofnął rękę. Polly zirytowany takim obrotem sprawy zagulgotał gniewnie.
– Ha! Słyszałeś młody? Powiedział, że chce tortilli! – krzyknął triumfem w głosie.
– Przecież nic nie powiedział tylko zagulgotał jak to indyki mają w zwyczaju.
– Ludzie! Młody nic nie słyszał. Musicie nas rozsądzić! Słyszeliście co powiedział Polly?
Przez pewien czas otaczała nas cisza, ale po chwili jakiś nieśmiały głos z tyłu powiedział.
– Powiedział, że chce tortilli.
– Ha! Młody wyczyść sobie uszy i dawaj sztabkę żelaza!
– Zaraz. Zaraz. Nie wmówisz mi, że ten indyk coś powiedział.
Rozejrzałem się po ludziach szukając kogoś kto mnie poprze. Niestety wszyscy teraz kiwali głowami powtarzając cicho – Polly chce tortilli.
Rzuciłem staremu sztabkę. On chwycił ją w powietrzu i błyskawiczne wsunął do cholewy buta.
– Tylko nie przechlaj wszystkiego. Zostaw coś na tortillę dla Polliego. – rzuciłem przez ramie jednocześnie odchodząc w stronę miasta.
Noc spędziłem w oberży gdzie od kilku dni wynajmowałem pokój. Rano spakowałem swoje rzeczy. Zapłaciłem karczmarzowi i poszedłem do portu. Na szkunerze już kręcili się śniadzi marynarze. Kapitan stał przy trapie i rozmawiał z grupką ludzi. Jak się później okazało była to kilku kolonistów, którzy postanowili założyć osadę na południowych wyspach. Wszedłem na pokład i usiadłem przy jednej z burt.
Wypłynęliśmy zgodnie z planem. Statek wziął kurs na zachód. W stronę Marchwiowego Rancza. Nigdy nie lubiłem pływać statkami dlatego postanowiłem, że większość rejsu prześpię. Ułożyłem się wygodnie przy burcie i zasnąłem. Nie pospałem długo, ponieważ zbudziły mnie odgłosy biegania po pokładzie i krzyki kapitana.
Wstałem, przetarłem oczy i rozejrzałem się dookoła. Marynarze skakali po masztach. Kilku z nich wynosiło spod pokładu tarcze, miecze i łuki. Nie spodobało mi się to. Zauważyłem kolonistów, którzy zbili się na rufie niczym stado wystraszonych owiec. Podszedłem do nich.
– Co się dzieje? Po co ta broń?
Jeden z nich wskazał ręką na sterburtę i wyjąkał:
– Pi..pi…piraci za nami płyną.
– Piraci?
Spojrzałem tam gdzie wskazywał kolonista. Rzeczywiście płynął za nami jakiś statek. Chyba slup. Ale nic nie wskazywało na to, że to są piraci. Pobiegłem do kapitana.
– Kapitanie? Co to za zamieszanie? Czy to naprawdę piraci?
– Panie. A kto to może być skoro płyną za nami od rana. Niedługo nas dogonią.
Kapitan był równie spanikowany co koloniści. Wróciłem do swoich rzeczy. Jeżeli to są piraci to trzeba się przygotować do walki. Wyciągnąłem swoje stare, kościane dzidy i sprawdziłem czy są ostre.
Slup był od nas szybszy. Dogonił nas w ciągu kilku godzin. Marynarze uzbrojeni po zęby rozstawili się przy wejściu na statek. Piraci mieli pojawić się na pokładzie lada chwila.
Koloniści zaczęli modlić się do swoich bożków. Kapitan zagryzał wargi, aż pojawiły się na nich strużki krwi. Ja siedziałem przy burcie z włóczniami pod ręką. Nagle usłyszeliśmy huk. Slup przydokował do naszego okrętu. Kilku marynarzy napięło łuki. Jeden z kolonistów osunął się na ziemię. Za burtą słychać było jakieś stękania. Ktoś wspinał się na pokład szkunera. Na czole kapitana pojawiły się krople potu. Nagle zza burty wychyliła się kosmata głowa z długą brodą. Drugi kolonista zemdlał podczas gdy reszta zaczęła histerycznie płakać.
Kudłaty rozejrzał się po pokładzie i powiedział coś w niezrozumiałym języku co brzmiało mniej więcej tak:
– Cheloł. Ken aj boroł sam siugar plis?
Jednemu z marynarzy zadrgały mięśnie i puścił cięciwę naciągniętego łuku posyłając strzałę prosto między oczy przybysza. Siła odrzutu zrzuciła go z powrotem do slupa. Reszta żeglarzy rzuciła się do ataku na statek piratów. Okazało się, że kudłaty był jedynym pasażerem slupa, który wcale nie wyglądał na statek piratów. Kapitan powiedział, że to najwyraźniej był zwiadowca jakiejś większej grupy korsarzy. Przez całą noc marynarze stali na warcie, koloniści biadolili na rufie, a ja smacznie spałem. Następnego dnia nie zauważyliśmy żadnych śladów piratów. Żadnego żagla na horyzoncie, żadnego dymu z napadniętych okrętów. Po prostu nic. Mimo to załoga trzymała warty aż do samego Marchwiowego Rancza. Na miejscu zapłaciłem 4 gramy żelaza za podróż, gdyż jak stwierdził kapitan:
– Panie! Pan podróżował w zagrożeniu, a moim obowiązkiem było panu zapewnić bezpieczeństwo. Nie wezmę od pana pełnej stawki.
Marchwiowe Ranczo było jeszcze bardziej zaspane niż Port Karoliny. Nawet w porcie nie widać było żadnych ludzi. Zarzuciłem worek z jedzeniem na plecy i ruszyłem w dalszą drogę.
1565 wyświetleń 6 dzisiaj