„Szept”

Napisał Fieger

Śnieg nieprzerwanie sypał z nieba niczym pierze z rozprutej poduszki. Sztormy szalejące na morzu zapędziły wielu kapitanów do bezpiecznych portów. Niewielu miało tyle odwagi żeby wypuszczać się na rejsy do dalekich krain. Pola pokryte białym puchem nie napawały ludzi optymizmem. W wielu osadach mieszkańcom do oczu zaglądał głód. Ci, którzy zgromadzili zapasy dzielili się z sąsiadami lub zarabiali krocie na sprzedaży chleba.
Wygłodzone zwierzęta coraz bardziej podchodziły pod ludzkie sadyby. Tam gdzie żyli utalentowani myśliwi ludzie mogli się cieszyć pożywnymi posiłkami i ochroną przed dzikimi bestiami. Gdzie indziej obudzone silnym mrozem niedźwiedzie szukały czegoś do jedzenia nierzadko wchodząc do ludzkich domów. Świat zamarzał chwycony w mroźne objęcia jednej z najsilniejszych zim jakie nawiedzały te ziemie. Śnieg nieprzerwanie sypał z nieba.
Owinąłem się płaszczem oraz szalem i wyszedłem na zewnątrz. Vlotryan nawet w zimę żyło aktywnym życiem, chociaż jak mówili starzy mieszkańcy miasto nie było już takie jak kiedyś. Mijając ludzi opatulonych w liczne warstwy tkanin zmierzałem w stronę nowo-otwartej gospody. Prawdę mówiąc to nie zmierzałem. Przedzierałem się przez śnieg sięgający do kolan jednocześnie próbując znaleźć zarysy karczmy poprzez białą kurtynę spuszczoną z nieba. Jakaś młoda dziewczyna poślizgnęła i właśnie próbowała wygrzebać się z białego puchu. Machinalnie pomogłem jej wstać i nie czekając na słowa podziękowania ruszyłem dalej. Przejście przez miasto od portu do gospody normalnie zajmuje 10 minut. Teraz szedłem godzinę, a śnieg nieprzerwanie sypał z nieba.
Już w przedsionku do gospody unosił się zapach pieczonego mięsiwa i aromat grzanego piwa. Samo piwo pewnie było przywiezione z Portu Rzemiosł, który ostatnimi laty został rozsławiony przez zastępy amatorów tego złocistego trunku. Ja i tak nie odczuwałem znaczącej różnicy między piwem, a winem ryżowym. Chociaż nie do końca, bo pijąc piwo częściej trzeba było chodzić na stronę.
Zdjąłem stary, przemoczony śniegiem płaszcz i powiesiłem na jednym z kołków, które dosyć krzywo wbito w ścianę w przedsionku. Głośno pociągając nosem otworzyłem drzwi do karczmy i podszedłem do gospodyni, która stała przy barze.
Co macie do jedzenia?
A co szanowny pan sobie życzy? – zaszczebiotała w odpowiedzi karczmarka.
Nie lubię mieć dużego wyboru. Stawia człowieka w niezręcznej sytuacji gdy musi wybrać między A a B. Przy czym B jest droższe, A większe, a jeszcze gdzieś w głowie kręci się C, które kusi zapachem z sąsiedniego stolika.
– Zupę na dziczyźnie i potrawkę z ryżem i mięsem. – rzuciłem odruchowo, bo tak zazwyczaj prezentowało się menu każdej karczmy jaką napotykałem w czasie swoich podróży.
– A może frytki do tego?
– Frytki? Co to za wynalazek?
– Pieczone ziemniaki pokrojone w cienkie paseczki.
– Nie dziękuję, pozostanę przy potrawce ryżowej – odpowiedziałem kładąc sztabkę
żelaza przed gospodynią. Złapałem jeszcze za dzban wina i skierowałem się w stronę stolika stojącego pod przeciwległą ścianą gospody. Po drodze zastanawiałem się co za głupiec nazwał pieczone ziemniaki frytkami i do tego pokroił je w paseczki. Wybór stolika nie był przypadkowy. Obok stał wielki, rozgrzany piec, a ja miałem zamiar choć przez chwilę być suchym, co było nie lada wyczynem biorąc pod uwagę pogodę na zewnątrz.
Rozmyślania o naturze frytek zostały nagle przerwane wkroczeniem na mój stolik wielkiej michy z zupą oraz nieco większego talerza pełnego ryżu i pieczonego mięsa w jakimś sosie. Byłem już tak głodny, że ani się obejrzałem, a naczynia stały puste, a ja zadowolony z siebie popijałem wino. Z powodu śnieżycy wielu pracowników nie mogło wykonywać swoich zajęć, tak więc gospoda była pełna mimo wczesnej godziny. Pomyślałem, że skoro już tu siedzę i nie mam najmniejszego zamiaru wychodzić na zewnątrz to warto posłuchać rozmów ludzi i dowiedzieć się co takiego dzieje się na mieście.
Odstawiłem na bok dzban z winem i rozejrzałem się sali szukając osobnika, którego informacje z pewnością byłyby najbardziej wiarygodne. Niezwykłym było to, że nie słyszałem gwaru tak charakterystycznego dla karczmy. Jeszcze w tak dużym mieście jakim jest Vlotryan. Kiedyś od znajomego żeglarza dowiedziałem się, że Vlotryan bywa nazywane Miastem Szeptów. Nie zastanawiałem się wtedy skąd wzięła się ta nazwa. Tak właściwie to dalej nie było nad czym się zastanawiać. Gdy zobaczyłem, że wszyscy w gospodzie rozmawiają ze sobą szeptem poczułem się niczym Zamordek pośrodku bojvińskiej popijawy.
Po chwili pomyślałem, że to niegrzecznie z ich stron mówić tak cicho. Żaden z przybyszów nie może dowiedzieć się nic o mieście bez pytania i co za tym idzie długiej i monotonnej odpowiedzi dlaczego pyta i do czego ta wiedza jest mu potrzebna. Nałożyłem kapelusz na głowę i zsunąłem go bardziej na czoło tak, że wyglądałem na kogoś kto drzemie przy stoliku. Potem odsunąłem krzesło od stolika i wyprostowałem nogi tak żeby jeszcze bardziej uwiarygodnić mój kamuflaż. Po tych krótkich przygotowaniach byłem gotów do tego, co niektórzy niewdzięcznicy nazywają podsłuchiwaniem. Ja osobiście wolę określenie „zdobywanie przydatnych informacji”. Niedługo czekałem na pierwsze rezultaty. Najwidoczniej dwóch robotników z huty siedzących przy stoliku obok dostrzegło, że układam się do snu i zdecydowali się na odrobinę głośniejszą rozmowę.
– …ja na to, że tam nie widziałem tego żelaza
– Ale przecież nikt go nie mógł zabrać ot tak sobie.
– Może ktoś z nowych, ale na pewno nie ja…
Kradzież w hucie akurat mało mnie interesowała, więc lekko obróciłem głową w prawo w stronę innych gości.
– …lepszej ceny nie dostaniesz nigdzie w promieniu 10 dni żeglugi.
– Ale na co mi 10 kilo pierza. Co ja z tym zrobię?
– Jak to co? Sprzedasz za wyższą cenę w innym mieście.
– Nie, nie potrzebuję tego.
– A jak spuszczę nieco z ceny?…
Transakcje handlowe. Czasami warto ich posłuchać żeby być na bieżąco w cenach. Ale niestety nie handluję pierzem.
Krzesło przeraźliwie zaskrzypiało gdy próbowałem powoli obrócić je w lewą stronę, aby mieć lepszą pozycję nasłuchową. Na kilka sekund wszystkie szepty i szmery zanikły i czułem, że kilka osób zwróciło wzrok w moją stronę.
– A patrzcie sobie na śpiocha. Nic przecież nie usłyszy, bo śpi niczym niedźwiedź w swoim gawrze. – pomyślałem w duchu jednak przeklinając hałaśliwe krzesło. Na szczęście Vlotryańczycy nie należą do podejrzliwych osób i szybko wrócili do swoich pogaduszek. Tym razem skupiłem się na parce siedzącej odrobinę dalej niż poprzedni goście. Kobieta wydawała się poruszona, a siedzący naprzeciw niej mężczyzna z stoickim spokojem popijał wino z kielicha.
– …leżał w tym śniegu pijany niczym świnia. Co miałam zrobić?
– Zostawić go w spokoju. To jego sprawa.
– Nie. To nie tylko jego sprawa. Wszyscy powinni się tym zainteresować. Powinniśmy mu pomóc.
– Nie pomożesz, dopóki on sam nie zrozumie, że jego problemem jest picie…
Coś ciekawszego. Biedna kobieta, która próbuje wyciągnąć z nałogu jakiegoś pijaka. Niestety nie miałem jak jej pomóc. Poza tym nie wiadomo czy przyjmie pomoc od kogoś zupełnie obcego.
Wypite wino zaczynało działać, ponieważ robiłem się coraz bardziej senny. Niedługo już nie będę musiał udawać śpiącego. Przyszło mi do głowy, że lepiej będzie wynająć pokój i tam walnąć się na łóżko, ale ciepły piec tak mnie rozleniwił, że nie chciało mi się ruszać. Ziewnąłem i zamknąłem oczy. Nie wiem czy spałem czy tylko trwałem bez ruchu w kojącym cieple sączącym się od strony pieca.
– …był pijany w sztok…
– …ale to on musiał ukraść to żelazo…
– …na co mu tyle żelaza?…
– …wydał wszystko na wino…
– …ale on mówił, że nie ma tego żelaza. Sam to słyszałem…
– …dałeś żelazo za te pióra? Czy ty byłeś…
– …narąbany zupełnie…
– …wszystko na pióra wydałeś?!…
– …jest zupełnym pijakiem…
– …głupcem!…
– …złodziejem…
Przebudziłem się? A może tylko wydawało mi się, że spałem? Nie, nie. Nie mogłem spać. Gdybym spał to na pewno bym nie podsłuchał takiej niesamowitej historii. Miejscowy pijak okradł hutę z żelaza. Potem większość przepił, a za resztę zakupił dużo piór. Zamyśliłem się przez chwilę i powiedziałem pod nosem
– Tylko na co mu te pióra?
Wynająłem pokój w karczmie na cały tydzień. Nie zapowiadało się na poprawę pogody, a ja miałem coś co mogło posłużyć do napisania kolejnego opowiadania. Byłem zadowolony, bo od dawna nie słyszałem takiej opowieści.
Wiatr gwizdał w kominach karczmy. Na zewnątrz bogowie próbowali zamrozić lub pogrzebać pod śniegiem rodzaj ludzki. Gniewne, sztormowe fale z hukiem rozbijały się o pokryte lodem nabrzeża portu w Vlotryan. Śnieg nieprzerwanie sypał z nieba.
1195 wyświetleń 1 dzisiaj