"Targowisko i Spirytus"

Napisał Fieger

– Nigdy nie więcej picia z Bojvingami – szedłem powoli ulicą w Fortholmie wspominając wydarzenia z poprzedniego wieczora.
Siedziałem w jedynej w Fortholmie gospodzie i jadłem obiad kiedy wtoczyła się grupka Bojvingów obwieszona żelastwem głośno krzycząc
– Stawiamy wszystkim kolejkę za pomyślność Thingu!
– Karczmarz! Spirytus dla gości!

Thing. Wielka narada całego Rodu, która ma na celu rozwiązanie najważniejszych problemów trapiących Bojvingów i wybranie nowego Jarla. Na ten czas do stolicy ściągają tłumy, które w Thingu widzą jedyną szansę na awans lub jedną z wielu szans na zabawę. Część osób rzeczywiście bierze udział w naradach i głosowaniu, ale większość przyjeżdża żeby sprzedać swoje towary i przepić zysk.
Karczmarz postawił przede mną kufel i zaczął nalewać słynny, słynny bojviński spirytus.
– Ja dziękuję.
– Musisz się napić.
– Jak to muszę. Nie chcę i nie piję.
– Musisz się napić inaczej te zabijaki uznają to za obrazę ich i całego Thingu.
Chcąc nie chcąc musiałem wziąć udział w tej całej popijawie, gdyż ulotnić się nie miałem jak. Wynająłem pokój w gospodzie na okres całego Thingu, a Bojvingowie siedzieli akurat przy schodach prowadzących na piętro.
Należy dodać, że Bojvingowie mają dosyć specyficzny sposób świętowania wyboru Jarla. Dzień przed głosowaniem piją za wszystkich Jarli zaczynając od początku Rodu. Za Jarla Omuta wypiją jeden toast, za Jarla Magnusa dwa toasty, za kolejnego trzy, za następnego cztery. Gdy w końcu dojdą do obecnego Jarla piją jego zdrowie do upadłego. Przy czym tutaj do upadłego znaczy do czasu kiedy sakiewka karczmarza pod wpływem własnego ciężaru sama upada na podłogę. A, że na czas Thingu w jedynej w Fortholmie gospodzie wszystkie drinki kosztują tylko połowę ceny pijący szybko osiągają stan, w którym zapominają kto tak właściwie jest teraz Jarlem. Jeśli wystarczająco długo wytrzymasz z nimi te zawody mogą nawet Ciebie obwołać przywódcą Rodu, ale tylko do czasu gdy wytrzeźwieją. Na następny dzień, gdy głosowanie jest już zakończone Bojvingowie piją w podobnym stylu, tyle że teraz do upadłego pija zdrowie nowo-wybranego Jarla. Czasami zapominają jaka była kolejność Jarlów i wtedy debatują, nierzadko z użyciem pięści, o tym który Jarl większe zasługi miał i za którego trzeba więcej wypić.
Szedłem przez miasto każdy najmniejszy dźwięk traktując jak ryk słonia lub hurmy bojowe armii. Kierowałem się na targ, który zazwyczaj odbywał się na placu przed portem. Jako, że na czas Thingu do Fortholmu ściągali handlarze z różnych stron świata na targu można było dostać prawie wszystko jeśli miałeś prawie pełną sakiewkę. Zawsze można było zaoferować coś w zamian. Właśnie to miałem zamiar wykorzystać niosąc na targ swoją kościaną dzidę, worek ryżu i trochę skórek zwierząt. Potrzebowałem czapki i ciepłego płaszcza na nadchodzącą zimę.
Lodowate wiatry znad oceanu, które dobitnie przypominały o nadchodzących śnieżycach przyniosły nie tylko chłód. Gdzieś w mieście ktoś gotował coś dobrego. Mogłem się założyć, że to był królik zapiekany w sosie własnym z marchewka i szpinakiem. Jako, że głód mi doskwierał, a pora była wczesna zdecydowałem pójść w stronę potrawki z królika. Kto wie? Może kucharz sprzeda jej trochę.
Dłuższą chwilę zajęło mi znalezienie źródła zapachu. Okazało się, że królika pieką w małej chałupce stojącej przy drodze na Kamienne Uroczysko. Gdy zbliżałem się do wejścia usłyszałem śmiech dzieciaków. Po chwili jedno z nich powiedziało:
– Mama! Czemu na obiad znowu jest potrawka z mysza?
– Mówi się z myszy. Jak tatuś wróci z Thingu to pójdzie na polowanie. Na razie jedz co jest w domu.
Nagle mój królik skurczył się do rozmiarów szczura. Potrawka z myszy? Łeee…odechciało mi się jeść i zawróciłem w stronę targu. Powrót utrudniał mi wciąż unoszący się w powietrzu zapach smażonego gryzonia.
Gdy w końcu dotarłem do targu ucieszyłem się, że nie wyszedłem z gospody wcześniej. Sądząc po straganach większość kupców dopiero rozkładała swoje towary. Moją uwagę zwrócił śniady kupiec z zabandażowaną głową.
– Pewnie nie chciał pić z Bojvingami – pomyślałem.
Ponoć tacy śniadzi ludzie pochodzą z dalekiego południa gdzie jest strasznie gorąco i gdzie słońce potrafi świecić przez 4 dni bez przerwy. Marynarze w porcie mówili też, że na południu nie handluje się na targowiskach tylko w wielkich kolistych budynkach przypominających trybuny jakie stawiają podczas Thingu. Gadali, że te budowle nazywają się statjony i, że każdy szanujący się kupiec ma w takim statjonie przynajmniej jeden stragan. Wierzyłem w prawie wszystko poza tą głupotą o słońcu. Zresztą nawet jeśli się nie wierzy w opowieści marynarzy to miło jest ich czasem posłuchać.
Zbliżyłem się do straganu śniadego żeby zobaczyć towary zrobione za morzami. Były tam zakrzywione szable, lśniące w słońcu tarcze, długie, różnokolorowe szaty przypominające togi i różnobarwne bandaże.
Właśnie te bandaże mnie zainteresowały. Nigdy nie wiadomo kiedy taki bandaż się przyda. A to ktoś rzuci w Ciebie dzidą, a to dziki zwierz postanowi zrobić z Ciebie wycieraczkę. Jednym zdaniem: bandaż to potrzeba rzecz.
– Ile za taki bandaż?
– Panie, panie. To nie bandaż to turban.
Trzeba przyznać, że jak na południowca śniady całkiem dobrze mówił w naszym języku.
– Turban? Co to takiego? Mi to wygląda na bandaże.
– Panie, to być turban. Turban to czapka. – po czym wskazał na zwoje materiału, które miał na głowie – turban bardzo wygodna rzecz.
– Wygodna? Nawet nie wiem jak miałbym to założyć na głowę – podniosłem jeden z bandaży.
– Ja Panu pokażę – po czym wyrwał mi z ręki pasek materiału. Zrzucił swoje nakrycie głowy na stragan i zaczął powolutku obwijać sobie głowę tym bandażem.
– Panie, widzisz? Wpierw naokoło głowy, a później coraz wyżej, aż się robi turban.
Wprawdzie szło mu to zręcznie, ale zakładał ten turban już od dłuższego czasu. Gdy w końcu założył, powiedział:
– Widzisz Panie? Bardzo łatwo się turban zakłada.
– Łatwo, łatwo, ale to nie dla mnie. Ja potrzebuję czegoś ciepłego..
– Turban bardzo ciepły!
– …nieprzemakalnego…
– Turban bardzo nieprzemakalny!
– …zapewni jakąś ochronę w czasie podróży…
– Panie, panie. Turban dobry na podróż!
– …nie będzie przeszkadzał w polowaniu…
– Panie, turban dobry na polowanie!
– …w czym będę niewidoczny dla zwierząt…
– Panie, turban bardzo niewidoczny!
– …no i wygodnego
– Turban bardzo wygodny!
Kupcowi wyraźnie zależało na tym żebym kupił turban. Pomyślałem – czemu nie? – może nie jako nakrycie głowy, ale jako bandaż.
– Ile chcesz za turban?
– Jaka kolor?
– Powiedzmy, że zielony.
– Oooooo
Śniady był zaskoczony. Zacząłem wyciągać rzeczy, które przyniosłem na wymianę.
– Mam dzidę…
– Tak, tak. Dzida dobra. Co jeszcze masz?
– Mam trochę ryżu, będzie z 7 kilo.
– Ryż dobry. Coś jeszcze?
– Zostały jeszcze skórki. Kilka z królików, dwie z szopa i skóra niedźwiedzia.
Za tego niedźwiedzia chciałem dostać jak najwięcej. Wręcz byłem dumny z tego trofeum, bo drapieżnika upolowałem samemu.
– Skóry dobre. Ja biorę wszystko!
– Zaraz, zaraz. Za kawałek tkaniny chcesz całkiem nową dzidę, 7 kilo ryżu i masę skórek?
– Tak, tak. Zielony turban za dzida, ryż, króliki, szopy i niedźwiedzia.
– Chyba zwariowałeś?
– Tak, tak, panie. Ja wariat, sprzedaję turban tak tanio!
– To ja podziękuję.
Zebrałem swoje skórki do worka. Podniosłem dzidę i odwróciłem się od straganu. Śniady nagle wyrósł mi przed nosem.
– Panie, pan poczeka. Ja wezmę tylko dzidę, ryż i niedźwiedzia!
– Zjeżdżaj. Nie chcę turbanu.
– Dzida i niedźwiedź?
– Spadaj.
Minąłem śniadego i poszedłem dalej na targ. W końcu trafiłem na stragan miejscowego krawca.
– Dostanę futrzaną czapę za tą dzidę?
– Pewnie! A co masz jeszcze?
– Trochę ryżu i skór. W tym jedna z niedźwiedzia.
– Niedźwiedzia? Pokażże ją!
Wyjąłem skórę i podałem handlarzowi.
– Chłopie za taką ładną skórę dostaniesz ode mnie jeszcze porządne, konopne spodnie!
– Spodnie już mam. Wolałbym płaszcz.
– To dorzuć jeszcze szopy to dostaniesz płaszcz.
– Dobra.
Wyciągnąłem z worka skóry szopów i położyłem obok tej z niedźwiedzia. Trzeba przyznać, że krawiec znał się na swojej robocie. Płaszcz leżał jak ulał, a czapka bardzo ciepła. W końcu wytargowałem płaszcz, czapkę i buty za skórki i ryż. Gdy odchodziłem usłyszałem za plecami.
– Panie, panie. Dam turban za płaszcz i czapkę!
– Mówiłem spadaj! – rzekłem nawet nie oglądając się za siebie.
Kręciłem się po targu jeszcze przez jakiś czas. Za kościane pierścionki i bransoletę dostałem spory kawałek sznurka i kilka metalowych guzików.
– Przyszyje guziki do płaszcza – zamruczałem do siebie.
– Panie. Turban za ćwierć ceny!
– Możesz się w końcu ode mnie odczepić?
Nie odczepił się. Śniady krążył za mną po całym targowisku wołając co chwila swoje:
– Panie, panie. Kup pan turban! Tanio!
W końcu kupiłem wszystko co było mi potrzebne i skierowałem się do gospody. Szedłem szybko, bo zaczynało się już ściemniać. W karczmie siedziało już sporo ludzi. Jakiś rybak opowiadał znajomemu o połowie:
– …mówię ci stary te łososie gadały! I to nawet całkiem sensownie.
W rogu siedział krawiec pokazując grupce ludzi skórę z niedźwiedzia, którą mu sprzedałem.
– …i wtedy rzuciłem się na tego miśka tylko z kościanym nożem!
Byli też tam moi znajomi Bojvingowie.
– Frekil chodźże się z nami napić! Za zdrowie nowego Jarla! – wąsacz z wielkim toporem podniósł kufel do góry.
– Później. Na razie jestem głodny.
– Karczmarz! Strawę i spirytus dla Frekila na mój rachunek – krzyknął inny Bojving.
Skoro oni stawiają to czemu nie. Usiadłem przy stole. Po chwili gospodarz przyniósł talerza pachnącego mięsa z ryżem i kufel.
– Grzany miód poproszę. Strasznie zmarzłem na dworze.
Karczmarz ruszył w stronę kuchni po napitek. Wtem usłyszałem za swoimi plecami.
– Panie! A może turban do tego?
Pierwszy raz w życiu byłem taki wściekły. Wstałem wywracając swoje krzesło. Złapałem śniadego za jego powłóczystą szatę i z całej siły rzuciłem nim w stronę wyjścia.
– A w rzyć sobie wsadź ten turban!!
Kiedy śniady podniósł się z ziemi podbiegłem i kopnąłem go w miejsce, w które według moich zaleceń miał wpakować sobie turban. Po takiej kuracji kupiec wyleciał przez zamknięte drzwi karczmy niczym kamień z procy. W gospodzie nagle zapanowała grobowa cisza. Rozejrzałem się zdziwiony. Wszyscy patrzyli się na mnie. Karczmarz wystraszony chował się za kuflami ze spirytusem. Dwóch Bojvingów stało z rozdziawionymi mordami i kuflami w połowie drogi do gęby. Krawiec siedział z nożem nad głową – pewnie podrzynał misiowi gardło, a rybak trzymał ręce szeroko rozłożone jakby chciał powiedzieć – o taka wielka była. Sytuacja stała się trochę kłopotliwa.
– A co innego można zrobić z turbanem? – powiedziałem.
Nagle wszystko wróciło do normy. Stojący Bojvingowie więcej spirytu rozlali niż wypili. Krawiec dobił niedźwiedzia, a ryba stawała się coraz większa. Usiadłem przy stole, złapałem za łyżkę.
– Karczmarz! Co z tym miodem?! Nie mam czym wypić za zdrowie nowego Jarla!
1167 wyświetleń 2 dzisiaj